wtorek, 22 października 2013

Mój hit na jesień czyli OPI Sprung


Dziś jesiennie i ciepło dlatego chciałam Wam pokazać mojego OPIka w odcieniu Sprung, w którym jestem zakochana od września. Przypomina mi on ciepłą, piękną jesień, kiedy z drzew spadają złote i czerwone listki, tworząc długie kolorowe dywany. Z tym właśnie kojarzę ten odcień.

W poręcznej i ładniej buteleczce z grubego szkła dostajemy 15ml jesieni. Pędzelek jest w sam raz, nie za gruby ani nie za cienki. Maluje się łatwo. Schnie na prawdę szybko, wystarczą dwie warstwy do pełnego krycia. Lakier utrzymuje się długo do 6-7 dni, po 3 dniach końcówki są lekko starte. Od kiedy go mam ani razu mi nie odprysnął na paznokciach. Zmywa się go trudniej niż zwykły lakier ale na pewno łatwiej niż brokaty.

Dziewczyny jak ten kolor jest przepiękny, jak on się mieni. Najcudowniej wygląda w zachodzącym słońcu, po prostu bosko! Mi się ten odcień szalenie podoba. Zrobiłam mu tyle zdjęć, że aż nie wiem które Wam pokazać :) Jeśli wrzuciłam za dużo, to przepraszać nie będę, musicie go obejrzeć dokładnie :) :*






Czyż nie jest piękny?
Macie jakichś swoich faworytów tej jesieni?

Buźka!

poniedziałek, 21 października 2013

Marion Czekoladowy Brąz czyli jak się postarzyłam...


W sobotę na facebooku prosiłam Was o rady jak rozjaśnić włosy po farbowaniu. 
Wybrałam farbę Marion z serii Natura Styl w odcieniu czekoladowy brąz (nr. 623).  Oli nie było w Naturze akurat, a z Casting Creme same blondy... Kiedyś farbowałam się Marionem i było ok. Tym razem odcień wyszedł mi zbyt ciemny :(

Farba nakładała się dobrze, szybko za pomocą buteleczki z aplikatorem. Okrutnie było ją na początku czuć ale do przeżycia. Zmywało się ją bez większych problemów. Włosy nie były po niej zniszczone czy suche. Po wysuszeniu kolor okazał się nie czekoladowym brązem, a czarną porzeczką z czerwonymi refleksami. 

Czuję się fatalnie w tym odcieniu, co nie oznacza że jest zły, mi nie pasuje. Czuję się w nim +10 do wieku :( Same zobaczcie. Jak widać po mojej minie nie jestem zadowolona, choć bardzo się starałam uśmiechnąć ;P



Zdjęcia wykonywałam przed chwilą, już za pomocą moich nowych lamp. Jeszcze tylko muszę przeprowadzić inwestycję w aparat i będzie cudownie i w końcu ugoszczę was porządnymi fotkami.

Przy okazji powiem Wam czym jestem pomalowana. Oczywiście samymi ulubieńcami od... nawet już nie pamiętam kiedy ;)


Na buźce mam podkład Lumene Touch Of Radiance w odcieniu 2 Honey Beige.
Na policzkach MAC Mineralize Skinfinish w odcieniu Stereo Rose.
Na rzęsach MAC Extended Play Lash.
Na ustach MAC pomadka w odcieniu Angel (wykończenie frost).

Buźka!

sobota, 19 października 2013

Eliksir odżywczy Elseve L'Oreal czyli złoty olejek na włosowe kłopoty


Eliksirów, olejków i innych cudotwórców na rynku mamy wielu, tylko że nie wszystkie cieszą składem i działaniem. Sama zaczęłam używać olejku arganowego na włosy, jednak zapach był dla mnie nie do zniesienia oraz Pani trycholog odradziła mi go, argumentując że jest on dla kobiet Maroka, a nie dla Słowianek. W planach miałam wtedy zakup olejku różanego, który miał mi przywieźć brat z Bułgarii. Koniec końców przywiózł mi mydełko i obeszłam się smakiem. Mogłam oczywiście zamówić, ale po co sobie upraszczać życie ;) W końcu zaczęłam używać eliksiru Elseve.

Olejek dostajemy w ciężkiej i solidnej szklanej buteleczce z plastikową pompką. Wszystkie sroczki na pewno będą tym zachwycone. Pojemność olejku to 100ml, a jego cena waha się od 30 do 50zł. Sposób użycia jest czytelny, nie jest naćkane rysunków w stylu włosa, który nagle staje się gładki i lśniący. Jest krótka instrukcja jak używać.

Sposoby aplikacji są dwa. 
Pierwszy to na wilgotne włosy. Na dłoni należy rozprowadzić 1-2 pompki olejku i wetrzeć we włosy.Po tym zabiegu włosy mają stać się miękkie i aksamitne.
Drugi sposób to nakładanie na suche włosy, który sprawi że zyskają satynowy połysk. Sposób aplikacji identyczny.

Co mówi producent o produkcie: 
Eliksir Odżywczy Elseve od L'Oréal Paris to produkt pielęgnacyjny, który odżywia i wygładza włosy oraz pomaga chronić je przed codziennym oddziaływaniem szkodliwych czynników zewnętrznych. Bogata formuła o lekkiej, nietłustej konsystencji doskonale odpowiada na potrzeby wszystkich rodzajów włosów, pielęgnując je, dyscyplinując i dodając im blasku oraz miękkości bez obciążania fryzury! 
Dzięki starannie skomponowanej mieszance składników czynnych, formuły Szlachetnych Eliksirów zapewniają włosom piękno, odżywienie, miękkość i połysk bez ich obciążania. Powstałe z wyjątkowego połączenia sześciu ekstraktów z olejków kwiatowych (lotos, rumianek, gardenia tahitańska, maruna, róża oraz len), zostały opracowane przez laboratoria L'Oréal Paris jako niezbędny składnik pięknej fryzury. Rezultat? Kuracja pielęgnująca włosy, intensywne odżywienie i pełen głębi blask koloru w formie zmysłowego doświadczenia o leśnym i orientalnym aromacie. Olejek może być stosowany na suche włosy bezpośrednio przed stylizacją, na wilgotne włosy przed suszeniem lub przed kąpielą w morzu czy basenie. 

Olejku używam od 1,5 miesiąca i powiem Wam, że ubyło mi go ok. 1/4 opakowania. Jest to wspaniały wynik przy aplikacji 3-4 razy w tygodniu. Dla porównania olejek arganowy 100ml wystarczył mi na 10 aplikacji. Skład olejku wydaje się być dobry, patrząc moim nie wprawnym okiem. Gliceryna sojowa gdzieś na końcu listy, a prawie od początku wymienione oleje. Olejek jest nie tłusty i nie brudzi ubrań. Pachnie pięknie, orientalnie, kwiatowo, trochę kadzidłowo i na włosach zapach utrzymuje się bardzo długo. 


Dwie pompki wystarczą na całe włosy. Ja używam go głównie po myciu włosów. Olejek pomaga mi rozczesać moje niesforne włosy. Po wysuszeniu są miękkie, sypkie i pachnące. Kilku krotnie użyłam go na suche włosy, kiedy potrzebowałam pomocy w ujarzmieniu ich. Przeważ po tym jak poszłam spać z mokrą głową. Doprowadził je do porządku, jednocześnie nie obciążając, dodał im blasku i tego wspomnianego już cudownego zapachu.
Jeśli chodzi o kwestię odżywienia. Na pewno czuję, że moje włosy nie są tępe i matowe. Zyskały blasku i wydają się być zdrowsze. Miesiąc temu podcięłam włosy, ponieważ końcówki mi się mocno rozdwajały, oraz chciałam jakichś małych zmian. Używając szamponu Damage Fructis oraz Eliksiru Elseve, nie zauważyłam żeby znowu zaczęły mi się rozdwajać.

Eliksir odżywczy Elseve uważam za bardzo udany produkt i czuję, że nie skończy się on na jednej buteleczce ;)

A Wy nakładacie oleje/olejki na włosy?
Buźka!

piątek, 18 października 2013

Benefitowy Rock!


Rockateur to najmłodsze dziecko marki Benefit. Jest to śliczny róż o zapachu zielonej herbaty, która Nas otacza swoją wonią podczas otwierania wieczka. Samo opakowanie oczywiście jest ładne i zgrabne, a kartonik tak łatwo nie daje się poniszczyć. Nosiłam go w torebce cały wrzesień ;) Ale co tam opakowanie zobaczcie jaki piękny jest w środku.


5g produktu kosztuje ok 135zł. Ja miałam to szczęście, że dostałam go podczas konferencji prasowej marki (klik). Kolor jest cudowny, Benefit opisuje go jako "podmuch ciepła". Mi się kojarzy kolorystycznie z pieczonym jabłkiem z cynamonem. Kolor jest na tyle bezpieczny, że nawet osoby nie mające wprawy nie powinny sobie zrobić nim krzywdy. Można go stopniować, uzyskując pożądany efekt. Jego konsystencja jest zbita, lecz jednocześnie jedwabista w dotyku. Pod wpływem pędzla kosmetyk się nie kruszy. Choć ma wiele zalet, u mnie posiada jedną wadę. Po 4-5 godzinach jestem zmuszona dokonać poprawek, odświeżając kolor na buzi.




Ten produkt będzie pasować większości dziewczyn i nadawać ciepła oraz blasku na policzkach. Mi się on bardzo podoba i jeśli bym go nie dostała, to myślę że i tak by się znalazł prędzej czy później w mojej kosmetyczce :)

Jak Wam się podoba efekt na moim licu? ;)
Macie jakieś produkty Benefitu? Lubicie?


czwartek, 17 października 2013

Paint Poty z których jestem zadowolona :)


MAC w swojej ofercie ma wiele ciekawych i jakościowo bardzo dobrych kosmetyków. Kiedyś niestety przekonałam się że jeden z Paint Potów nie trzymał mi się na powiece, ale się nie zraziłam. Postanowiłam wypróbować inne odcienie ale tym razem o kremowym matowym wykończeniu. Tak oto dziś po 2 miesiącach używania chciałam Wam zaprezentować dwa pięknej urody odcienie: Tailor Grey oraz Soft Ochre.

Paint Poty mają po 5g, a ich cena to ok. 90zł. Są w ładnych, ciężkich, szklanych słoiczkach z plastikową czarna nakrętką. Oba mają kremową konsystencję, zbitą lecz łatwą w nabieraniu ze słoiczka i aplikacji. Na to na co trzeba uważać podczas nakładania to na tempo aplikacji cieni. Szybko zastygają w miejscu dlatego trzeba trochę wprawy. To co w nich uwielbiam to wydajność i trwałość. Używam ich dość często zarówno jako bazę jak i jako pojedynczy cień, a ubytek jest znikomy. Trwałość praktycznie od rana do wieczora! Nie rolują się, nie wysuszają powieki po prostu cud, miód! Chciałabym Wam pokrótce opisać każdy z nich.

Tailor Grey- to jasny  brąz z delikatną nutą szarości. Często go nakładam solo, kiedy nie mam czasu, a chcę ładnie wyglądać. Używam go zawsze po pracy, uczelni, jeśli mam spotkanie towarzyskie. Jako baza nadaje się do ciemnych makijaży. Ja stosuję go do smokey.

Soft Ochre- odcień idealny do wszystkiego! Jest to beż z domieszką żółci. Idealnie sprawdza się jako baza pod cienie, ale również sprawdza się jako korektor. Oczywiście jako korektor tylko na wielkie wyjścia jeśli jest potrzeba zakrycia niesympatycznej niespodzianki, która straszy i jest nie do przeżycia.

 Zapraszam na swatche:



Podsumowując, jeśli będzie potrzebować bardzo dobrego produktu, który Was nie zawiedzie to Paint Pot jest właśnie dla Was. Ja się teraz zastawiam nad kolejnym. 
Może tym razem coś w pudrowy róż? :)

Znacie, macie, lubicie?

środa, 16 października 2013

Hydra Adapt czy na pewno sorbet matujący?


Pod koniec lata moja skóra przeistacza się z wiórka w lekkiego tłuściocha. Z pomocą ma moje problemy przyszedł krem do twarzy Garnier Hydra Adapt do cery mieszanej i tłustej. Jest to matujący i odświeżający krem-sorbet z zieloną herbatą i roślinnymi ekstraktami.

W poręcznej tubce z dozownikiem dostajemy 50 ml kremu, który wystarczy nam na długo. 
Mi po 1,5 miesiąca stosowania pozostała jeszcze połowa opakowania. Od razu zaznaczyć muszę że nakładam go tylko na dzień. Zapach jest bardzo przyjemny, taki typowo Garnierowy, świeży i lekko owocowy. Wydaje mi się, że wyczuwam zielone winogrona. Samo nakładanie i rozsmarowanie na buźce nie stanowi problemu. Krem ma postać lekkiego sorbetu. Na początku nie wierzyłam, że można uzyskać taką konsystencję i będzie to kolejny krem o szumnej nic nie znaczącej nazwie. Przepraszam, pomyliłam się. Czuć podczas nakładania, że jest on puszysty ale jakby miał granulki, właśnie niczym sorbet. Dodatkowo miałam wrażenie, że mi lekko chłodził buźkę.


Testy jakie mu przeprowadzałam były dość ekstremalne. Kiedy chodziłam do pracy we wrześniu, w pomieszczeniu panowały wysokie temperatury i było bardzo wilgotno (specyfika laboratorium). Wtedy też nie malowałam się i codziennie przed rozpoczęciem pracy nakładałam ten krem. Szczególnie zależało mi na nosie, który się świecił jak bombka choinkowa oraz czole, gdzie widać było lekkie świecenie. Po 8 godzinach skóra nadal była matowa, nawilżona i delikatna w dotyku. Przez ostatnie dwa tygodnie krem nakładałam pod makijaż jako baza, w tej roli również sprawdził się znakomicie. Nie rolował się czy to z podkładem płynnym czy musem. 

Osobiście powiem Wam, że sceptycznie do niego podeszłam stwierdzając że za 10zł (za tyle można go dostać w promocji) nie można mieć fajnego i lekkiego kremu matującego. Dlatego testy okazały się dla mnie zaskakujące. Jeśli macie skórę mieszaną, w lato w stronę suchej, a w zimę w stronę tłustej, ten krem jest właśnie dla Was :)


A Wy jakie kremy polecacie na jesienne dni?
Buźka!

poniedziałek, 14 października 2013

Efektowny połysk z Bell Fashion Colour nr 812


Od dłuższego czasu w moim koszyczku mam cztery lakiery Bell, które chciałabym Wam pokazać.
Zacznę od mojego ulubionego granatu Fashion Colour w odcieniu 812. Jest to piękny granat ze szklanym połyskiem. Jego cena to ok 10-13zł za 11g czyli pewnie 11ml ;) Według producenta jest to trwały i hipoalergiczny lakier.

Buteleczka lakieru jest ładna, kształtna i wygodna w obsłudze. Pędzelek jest cienki i na tyle miękki, że nie smuży. Sama konsystencja lakieru jest odpowiednia- nie za rzadka, nie za gęsta. Nie zalałam sobie lakierem skórek, ani również nie pozostawały mi grudki. Ładnie się "samopozycjonował" na płytce.

Do pełnego krycia potrzebowałam dwóch warstw. Pierwsza wyschła szybciutko, drugiej zajęło to około 5 minut. Trwałość lakieru to 2 dni do lekko startych końcówek, a po 5 dniach jest do zmycia. Lakier nie zabarwił mi płytki pomimo braku bazy i swojego ciemnego pigmentu. To co mi się w nim bardzo podoba to fantastyczny połysk. Paznokcie wyglądają cudownie w słońcu. Oczywiście sprawia to problemy zdjęciowe ;) Uchwycić efekt oraz sam kolor, który mi odbijał światło poprzez wykończenie, było ciężko. 



Jeśli zastanawiacie się nad jesiennym, ciemnym lakierem to ten musi się znaleźć w Waszej kosmetyczce :)

Lubicie produkty Bell?




sobota, 12 października 2013

Sunday Funday, Essie


Hej dziewczyny!

Dziś Wam nie będę długo zawracać głowy ;) Tylko Wam pokażę lakierasa i uciekam na wesele.
Sunday Funday pochodzi z limitki Naughty Nautical. Lakier posiadam w wersji profesjonalnej, która charakteryzuje się żadszą konsystencją i cienkim pędzelkiem. 

Długo zastanawiałam się jak opisać kolor, ponieważ dla mnie jest to takie połączenie koralu z odrobiną nektarynki. Natomiast mój tata stwierdził "o, owoc róży" i może mieć w tym dużo racji. Prócz tego, w tym Essiaku, odnajdziemy srebrne drobinki, których praktycznie nie widać na paznokciach, co mnie niezmiernie cieszy. Nie jestem fanką brokatu ;)

Lakier nakłada się bardzo dobrze. Nie smuży i schnie w mig. Potrzeba dwóch warstw do pełnego pokrycia płytki. Trzyma się bez startych końcówek 4 dni, a po 7 jest do zmycia.
Jestem z niego bardzo zadowolona i na pewno zagości u mnie na stałe. Szczególnie że kosztował mnie tylko 15zł :)

Jeśli chciałybyście dowiedzieć się czegoś więcej o nim, zapraszam Was do Karotki. Karolina rozpracowała ten lakier w każdym detalu. 




Jak Wam podoba się taki odcień?
Macie jakiegoś ulubionego Essiaka?

Buźka!

piątek, 11 października 2013

Sleek, Vintage Romace- najmłodsze dziecko w kolekcji.


Dziś Wam opowiem o mojej krótkiej historii związanej ze Sleekiem. Dawno temu, kiedy bawiłam się w recenzowanie i czytanie o kosmetykach na Wizaż, trafiłam na forum Sleeka. Przesiedziałam tam chyba miliony godzin. Z romansu z tym forum wynikło moje osiem paletek i sześć róży. Oczywiście wszystkie mam do tej pory. Ostatnim zakupem jaki dokonałam były palety PPQ- ta pierwsza z pierwszych i Au Naturel . Po tym odpuściłam na długo.

Odnowienie ślubów ze Sleekiem nastąpiło dopiero teraz za przyczyną darmowej wysyłki w jednym ze sklepów internetowych. Kiedy (x lat temu) kupowałam pierwszy stos palet, oczywiście nie wszystkie na raz, to ceny wahały się od 23 do 28zł. Teraz średnia cena to 35zł, dlatego skorzystałam z promocji i jakoś cena się wyrównała :)

Opinie o poszczególnych odcieniach znajdziecie na pewno w sieci. Ja Wam tylko pokrótce powiem co mi się spodobało a co nie, w porównaniu do starszych paletek.
 
Dobór cieni szalenie mi się podoba, choć nie powiem wywaliłabym odcienie z brokatem, ponieważ są suche i wrzuciła czyściutkie maty. Nie zaprzeczę, że akurat czarny z brokatem jest ok, bo w innych paletkach mam po czarnym matowym. Co mi się jeszcze podoba to konsystencja  perłowych cieni, tyko pamiętajcie za nic nie chcą współpracować na mokro i jak paleta, nie daj boże, upadnie to pierwsze się kruszą :) Tak, sprawdziłam niechcący aż na dwóch. Co do pigmentacji, rewelacja!

Co do minusów. Paletki są cieńsze i zamknięcia paznokciołamaniogenne (nowe słowo :p). Musiałam podważyć łyżką, żeby otworzyć paletkę. Przy okazji powiem Wam, że koleżanka wzięła OSS i sytuacja taka sama, trzeba podważać, bo za chiny ludowe nie idzie jej otworzyć. Druga sprawa to zarówno Vintage, jak i OSS czuć gliną. Takim zapachem tanich cieni. Są osoby, którym to nie przeszkadza, mi przeszkadza i to bardzo. Starsze paletki nie mają tego zapachu. Specjalnie wąchałam nową i starą OSS. Przez pewien czas zastanawiałam się czy kupiłam oryginał, ponieważ paletka przyszła w czarnym, a nie liściastym opakowaniu, ale chyba dostałam już sztukę z późniejszej produkcji.

Żeby nie było, że tylko narzekam, nawet w plusach :P Powiem Wam, że trwałość cieni bez bazy jest fantastyczna. Malowałam się o 5.30, a o 20 zmywałam makijaż. Cienie ciągle były na powiekach w nienaruszonym stanie.

Teraz kilka zdjęć dla Was :)






Macie coś ze Sleeka? Lubicie?

czwartek, 10 października 2013

Miodowy karmel czyli odcień bliski ideału!


Hej dziewczyny! 
Ostatnio pokazywałam Wam efekty farbowania włosów mojej mamy. Dziś chciałabym pokazać moje zmagania w tym  temacie. Na początku sierpnia postanowiłam odświeżyć kolor przed weselem. Wybór padł na farby L'Oreal Casting Creme Gloss, w odcieniu 634 Miodowy Karmel. Myślałam jeszcze nad odcieniem Brownie, ale w końcu wybrałam ten który wydawał mi się bardziej złocisty.

Farbę  otrzymujemy w bardzo ładnym, cieszącym oko opakowaniu i co ważne Pani na pudełku nie zajmuje wraz ze swoim pięknym uśmiechem całego frontu i nie miesza tak w głowach. Wiecie jak to jest. Widzimy piękną dziewczynę, o cudownym białym uśmiechu i w rozwianych włosach, i już się zastanawiamy czy będziemy wyglądać tak pięknie jak ona ;) Do tego na trzech ścianach pudełka mamy tak wiele informacji o farbie, że nie potrzebujemy czytać instrukcji. Nawet spód opakowania jest zagospodarowany. Wypisany jest skład farby, mleczka i odżywki. To co producent po przeczytaniu informacji na opakowaniu obiecuje to farba bez amioniaku z mleczkiem pszczelim, trwała do 28 myć. Włosy mają być wyraziste z lśniącymi refleksami, intensywnie odżywione, a siwe włosy optymalnie pokryte.



Włosy farbowało mi się przyjemnie. Sposób wymieszania, polegający na wciśnięciu farby do mleczka był bardzo wygodny. Nie trzeba było brudzić dodatkowo naczynia. Nakładało mi się ją szybo i sprawnie, a mycie nie sprawiło kłopotu. Nie pofarbowała mi skóry głowy, a mętna brązowa woda podczas mycia włosów przestała się pokazywać po trzecim razie. Bardzo dobrze sprawiła się również odżywka. Dla mnie odżywki w farbach to jest zbędny dodatek, ponieważ są kiepskie. Ta natomiast jest rewelacyjna. Włosy są po niej mięciutkie, lśniące i cudownie pachnące.


Foto z telefonu z fleszem podczas wykańczania makijażu stąd "mąka" na buźce.
Co do efektów farbowania. Kolor dla mnie był świetny, czułam się w nim rewelacyjny. Dopiero po 2 tygodniach czyli ok. 10 myciach zobaczyłam odrosty (po farbie Olia). Nie zauważyłam też żeby farba poniszczyła mi włosy. Jestem bardzo zadowolona z efektu jaki uzyskałam. Obecnie kolor wrócił praktycznie do stanu wyjściowego "przed", więc na pewno sięgnę po Casting ponownie. Może tym razem Brownie? 

Buźka!